Minął rok od kiedy w Berlinie wprowadzono tzw. Umweltzonen.

Różnie się ten bełkot tłumaczy w polskiej prasie, no bo co właściwie oznacza “umweltzone” (dosł. strefa środowiska)? Właściwie nic, albo tyle co słowo “energia” w ustach sprytnego oszusta występującego pod nazwą bioenergoterapeuty czy innego kręgarza. Najczęściej spotykanym tłumaczeniem bełkotu niemieckiego na różnie bezsensowy zielony bełkot polski to: “strefa ekologiczna”


Zielona strefa wolna od rozumu

Zielona strefa wolna od rozumu

Na czym to właściwie polega? Nic nowego. To tylko kolejna szykana wobec kierowców. Ktoś odkrył, że w powietrzu unosi się kurz, a właściwie szczególnie wredna jego odmiana, czyli tzw. kurz drobnocząsteczkowy. Przedstawiono jakieś badania, wskazujące, że szczury zasypane po szyję takim kurzem po 6 godzinach uskarżają się na zawroty głowy i rozpętano zwykłą “ekologiczną” histerię, której efektem jest znakowanie samochodów podług domniemanej emisji kurzu drobnocząsteczkowego.

Dla kierowców oznacza to jak zwykle kolejne ograniczenia.  Masz samochód starszy niż wartość przewidziana w tabelce, to nie dostajesz plakietki i parkuj sobie na przedmieściach, masz trochę nowszy, ale nie prosto z salonu, dostajesz plakietkę czerwoną albo żółtą i w ścisłym centrum Berlina nie masz czego szukać. A spróbujesz to dostaniesz grzywnę, na chwałę “matki Ziemi”, w obronie której jak wiadomo  nie ma kompromisów, a już na pewno nie z taką swołoczą jak kierowcy, których jedynym prawem jest płacić podatki i wstydzić się za emisję CEŁODWA.

STOP! Wstrętny Drobnokurzycielu!

STOP! Wstrętny Drobnokurzycielu!

Ale do rzeczy. Po roku obowiązywania szykany niemiecki automobilkub ADAC opublikowa wyniki przeprowadzanych w tym okresie w w Berlinie badań, mających stwierdzić w jaki sposób wpłynęła ona na poprawę jakości powietrza.

Stacje pomiarowe w śródmieściu Berlina zachowywały się niezgodnie z zieloną doktryną. Jednego dnia wykazywały wzrost stężenia kurzu o 4,7% a następnego spadek o 5,3%. Dla porównania pomiary wykonywano również w oddalonym o 30 kilometrów Poczdamie, gdzie “stref ekologicznych” nie wprowadzono i każdy zmotoryzowany truciciel mógł wjechać do samego centrum miasta, niezależnie czy i jakiego koloru miał plakietkę. I co? I nic!

Wyniki pomiarów w Poczdamie były równie nieodgadnione. W porównaniu z rokiem ubiegłym stężenie kurzu drobnocząsteczkowego raz podnosiło się o 2,1% albo spadało o 1,9%. Zupełnie bez związku z czymkolwiek, nawet z ustawieniem pierścieni Saturna względem Syriusza.

Mówiąc wprost. Przy zastosowaniu naukowych metod pomiarów i interpretacji ich wyników stwierdzono, że całe zamieszanie z plakietkami, kurzem drobnocząsteczkowym i strefami ekologicznymi w miastach – to jedna wielka BZDURA. Raport ADAC kończy się podsumowaniem:”Oczekiwana poprawa jakości powietrza nie nastąpiła” , czyli plakietkowanie milionów samochodów na różne kolory przyniosło efekt ZEROWY!

Aż ciśnie się w tym miejscu frazeologiczna zbitka pojęciowa: “No i Panie, kto za to wszystko płaci?”. Z pewnością nie ten, kto tę bzdurę wymyślił!

Czy można mieć nadzieję, że w związku z efektami a raczej ich brakiem plakietkowanie samochodów w Niemczech drobnokurzowymi plakietkami zostanie przerwane, a pomysłodawca tego absurdu “wyjdzie na środek” i powie: “Tak jestem idiotą i nie mam pojęcia co właściwie plotę.“? Nie takiej nadziei mieć nie można, bo w nowej ekologicznej religii pierwszym przykazaniem jest to, że skoro fakty przeczą “ekologicznym” teoriom, to tym gorzej dla faktów. Spodziewać się możemy raczej wprowadzania kolejnych kolorów plakietek, ostrzejszych kryteriów “pylenia” i wprowadzanie “stref ekologicznych” w kolejnych niemieckich miastach.

Bo w obronie “matki Ziemi” nie ma kompromisów! Nawet, a właściwie szczególnie nie ma w tej walce miejsca na kompromisy z rozumem.